2013 rok...

Niewiele osób o tym wspomina, ale 2013 rok był rokiem przełomowym w muzyce. Przynajmniej moim zdaniem. Przełom nie polegał jednak na ilości ani jakości wydawanej muzyki (mimo faktu, że dwa numery wydane w tym roku przejdą do historii oraz będą stanowiły wizytówkę muzyczną całej dekady - Daft Punk „Get Lucky” oraz Robin Thicke „Blurred Lines”). Nie polegał też na jakimś cudownym objawieniu, nowego, przełomowego artysty (chociaż Miley Cyrus bardzo się starała...).

Przełom polegał na sposobie odtwarzania, przez nas konsumentów, muzyki. Do lamusa odchodzi kupowanie płyt na CD (o czym było już wiadomo dawno temu). Ściąganie plików z internetu, tych legalnych i niestety tych nielegalnych, jest normalnością (na co artyści, wytwórnie płytowe oraz labele muzyczne narzekają). Przełomem stały się jednak serwisy streamingowe, dzięki którym za darmo lub za śmieszne pieniądze konsumenci mają stały, niczym nieograniczony dostęp do muzyki. Każdej muzyki!!! Dzięki takim serwisom możemy muzyki słuchać przez w każdej sytuacji - przez telefon, komputer lub w domu - z naszych systemów audio. Nie wyobrażam sobie lepszych czasów dla melomanów niż obecne. Korzystajmy z tego dobrodziejstwa techniczno-informatycznego, słuchajmy muzyki, układajmy swoje playlisty, bawmy się muzyką!!! No i przede wszystkim dzięki niczym nieograniczonym zasobom - odkrywajmy nowych artystów. Jeszcze nigdy nie byłem tak podekscytowany rynkiem muzycznym niż teraz. Jeszcze nigdy bariera posiadania niezwykłej kolekcji muzyki nie była zawieszona tak nisko.

W całej tej ekscytacji pozwoliłem sobie stworzyć listę 13 moich ulubionych utworów, jakie ukazały się w tym roku, wraz z moim subiektywnym komentarzem. Oto one.

1. Drake - „Hold on, we’re going home”
Drake’a się kocha, albo nienawidzi. Ja Drake’a kocham, wiec otrzymując jego płytę spokojnie odsłuchuję całość wiedząc, że mnóstwo mnie zirytuje, ale jakąś perełkę znajdę i prawdopodobnie padnę jak długi... No i proszę „Hold on...” jest właśnie takim numerem. Padłem przy pierwszym odsłuchu, padam za każdym razem kiedy tego słucham. Niewyobrażalnie piękny i niewyobrażalnie prosty numer z monumentalnym breakdownem.



2. Blood Orange - „Chamakay”
Cała płyta Cupid Deluxe jest świetna. Przemyślana od początku do końca, zrealizowana mistrzowsko. To płyta z tych, na których nie ma ani jednego zbędnego dźwięku, a te które są są uzasadnione i jednocześnie zaskakują. Organiczny, elektroniczny POP absolutnie najwyższej próby.



3. Rhye - „Open”
Nie wiem na czym to polega, ale za każdym razem kiedy słucham tej piosenki czuję się lepszy. Lżejszy. Bardziej zrelaksowany. To jest taka 4 minutowa sesja u psychoanalityka. Cudo.



4. Jay Z feat. Beyonce - „Part 2” (On the run)
Najlepszy utwór z bardzo przeciętnej płyty wielkiego Jay’a. Doskonały, prosty beat, świetny i surowy flow jakby odmłodzonego Jay’a, zawsze cudowna Beyonce śpiewająca znacznie więcej niż same chórki i linia syntezatora, za którą dałbym się pokroić gdybym był producentem muzycznym.



4. Rhye - „3 Days”
Są takie piosenki, które są po prostu zbyt piękne, aby być nazwane POP’em. Powinny być zamknięte w skarbcach i wypuszczane tylko dla tych, którzy byli grzeczni cały rok. To jest taka piosenka.




5. Busta Rhymes feat. Q-Tip, Kanye West & Lil Wayne - „Thank You”

Busta wrócił i pozamiatał. Koniec. Przy okazji dał szansę Q-Tipowi przeprosić za potworny występ z Fergie. Kanye występuje przez 10 sekund, Lil Wayne przez 4 sekundy i okazuje się, że są to idealne proporcje dla obu Panów w obecnej ich formie. Jeśli ktoś zapomniał na czym polega Hip Hop, bo ostatnio z tej szuflady wystawał Flo-Rida i Pitbul... to proszę bardzo!!!



6. Bastille - „Of the night”

Wszystko tutaj mogło pójść źle - materiał źródłowy jest dwuznaczny a wykonawca przyzwyczajony do innych klimatów muzycznych i niezaprawiony w bojach, bo w miarę świeży. Wbrew okolicznościom poszło dobrze. Wręcz fantastycznie. Cover roku, świetna piosenka i do tego specjalne wyróżnienie w kategorii „Nocna jazda samochodem”




7. Misia FF - Kartonem

Misia zostaje moją szczęśliwą siódemką w tym roku. Cóż to jest za piosenka!!! Cud, miód i Misia FF można by powiedzieć. Polska piosenka roku, jedna z najlepszych w ogóle piosenek 2013 r. I znowu mamy prostotę - tekst jest prosty, ale szalenie inteligentny, aranżacja jest prosta, melodia jest prosta. I taka oto prostota prowadzi do muzycznego raju.



7. Arcade Fire - „Reflektor”

Pod względem zmian dynamiki ten utwór może być przedmiotem badań naukowych. Toczy się, buja, wystrzela w kosmos... aby za chwilę bujać, wręcz usypiać. Niesamowita sekcja rytmiczna!!! Niezwykłe dozowanie emocji. Bez wątpienia najbardziej dojrzały utwór w moim zestawieniu.



8. Breach - „Jack”

Serce się raduje kiedy rasowy, klubowy numer staje się tak ogromnym hitem. Zero kokieterii. Zero szukania przepisu na hit. Zero puszczania oka do EDM. To jest house. To jest Breach. To jest muzyka robiona z myślą o dancefloor’ze, która stała się przeogromnym hitem a nie na odwrót - czyli kolejność poprawna.



9. Ben Pearce - „What i might do”

Teoretycznie „What i might do” jest numerem z końca zeszłego roku, ale ja go przeoczyłem i towarzyszy mi od początku 2013 r. Na szczęście i dla mojego spokoju ducha, został kilka razy ponownie wydany w tym roku. Niezwykłe co można wyprodukować mając bit, sejsmiczną linię basową i taki głos. Gdyby Terry Callier dzisiaj robił muzykę elektroniczną - dokładnie tak by to brzmiało.





10. Justin Timberlake - Strawberry Bublegum”

Najlepsza piosenka, ze świetnej płyty Timberlake’a i najlepsza w ostatnich 12 miesiącach produkcja Timbalanda. W ogóle całą płytę 20/20 odczytuję, jako odkupienie Timbalanda, po płycie Chris’a Cornell’a. Tak, wiem, że Timbo, od tamtej pory zrobił wiele i wiele dobrego, ale cały schemat płyty Justin’a bardzo przypomina mi „dzieło” Cornell’a, z tym że tutaj każdy klocek pasuje do poprzedniego i następnego i przede wszystkim do możliwości i formy wokalnej Justin’a. Płyta świetna od początku do końca a guma truskawkowa smakuje mi zdecydowanie najlepiej.




11. Thundercat - „Heartbreaks + Setbacks”

Niezwykła hybryda R’n’B oraz elektroniki. Niby wyje, kluje w uszy i dręczy, jednak spod spodu wydostaje się niezwykle szczery, przejmujący męski wokal. I świetny, świetny bas, który całą tę hybrydę ciągnie niemiłosiernie mocno do przodu, pomimo niby wolnego tempa.



12. Chvrches - „The mother we share”

Nie chcę być źle zrozumiany, ale w moim przekonaniu numery synth-pop’owe obecnie są takimi szybko wypalającymi się błyskotkami, których kariera zależy od chwilowo panującej mody - na teledysk, jakiegoś dj’a, jakiś film, reklamę... Tymczasem Chvrches popełnili płytę, która bardzo celnie trafia w oczekiwania odbiorców takich błyskotek, ale jest jednocześnie niezwykle dojrzała, kompletna, ciekawa i jestem przekonany, że pozostanie na dłużej. „The mother...” jest najlepszym numerem dobrej, zaskakującej płyty.



13. Miley Cyrus „Wrecking ball”

Kiedy już kurz po medialnych skandalach (zresztą sztucznie napompowanych) opadnie, należałoby zdać sobie sprawę z tego co osiągnęła w tym roku Miley. Plan pokazania wszystkim, ze nie jest już denerwującą, infantylną gwiazdką piosenki dziecięcej a artystką, z którą KAŻDY powinien się liczyć wykonała imponująco, a przy okazji wydała „Wrecking ball”... piosenkę słyszałem kilkanaście razy zanim dowiedziałem się, ze to Miley i od początku mi się podobała, ale w przeciwieństwie do wielu, nie wstydzę się tego i nadal podtrzymuję że mi się podoba, bardzo. Świetny radiowy POP.




Do usłyszenia,
Dionizy
Trwa ładowanie komentarzy...